Adam Andryszczykfacebook

ojciec

ojciec

- Masz, gryź – wyciągnął otwartą dłoń do czteroletniego syna, by ten wyładował złość. Dzieciak nie mógł chwycić zębami wewnętrznej powierzchni na płask i wściekał się jeszcze bardziej. W końcu wyczerpany padł na tapczan i bezsilnie zasnął.
Po przebudzeniu ojciec wskazał czerwone auto napędzane pedałami.
- Zobacz, to dla ciebie - taki był finał ubierania choinki, na którą wieszali podłużne cukierki. O coś się pokłócili, ale o co?
Potem była drewniana taczka, wymalowana więzienną farbą, gdy pięciolatek z matką pojechał na widzenie. Było też wiele innych podarków zrobionych własną ręką. Ale najważniejsze były ojcowskie kolana, które bujały cały świat, a przede wszystkim chroniły jak indiański totem. Byle zdążyć, byle dobiec, byle wskoczyć – i żadne kary, choćby za najstraszniejsze rozlanie mleka nie były w stanie zdzielić mokrą szmatą.
Podobno po narodzinach syna się ustatkował. Pachniał papierosami i towotem, bo wiecznie grzebał przy starym motocyklu. Do przedwojennej DeKaWki dorobił kosz i woził dzieciaka niczym gąsior jajo. Bywało, że wsiadała również matka i wtedy jechali w turystykę. Zdarzało się rzadko, ale się zdarzało.
Po którymś zdarzeniu matka z synem wróciła pociągiem. Dwa dni później dojechał ojciec – w trumnie. Zawał. Na postoju, tuż przy motocyklu. Był lipiec. Za półtora miesiąca dzieciak szedł do podstawówki.

W snach przychodził rzadko, ale kiedy już był, stawał w progu i dobrotliwie się uśmiechał. Z czasem przychodził coraz rzadziej, aż całkiem przestał. W miejsce drewnianej taczki pojawiła się blaszana, którą trzeba było ładować. Zamiast auta na pedały – prawdziwe, które trzeba było tankować. Azylowe kolana zastąpiły kobiece, które trzeba było chronić.
Stare fotografie, cięte falbankową gilotyną z roku na rok gasły. Było w nich więcej pożółkłego kartonika niż wspomnień. Cały album robił się bardziej realny niż ojciec. A może ojca wcale nie było? Może to tylko opowieści, które stały się żywsze od człowieka?
Wyschnięty klej słabo trzymał zdjęcia. Przy kolejnej przeprowadzce jedno wypadło na podłogę. Cała rodzinka na motocyklu: ojciec z przodu, matka za nim, a synalek z boku. Pięćdziesięcioletni pasażer kosza odruchowo odwrócił fotkę. Spod zaschniętego kleju prześwitywały litery. Jakaś dedykacja. Założył okulary. Niewiele dało się odczytać. Jedynie kilka słów spomiędzy rdzawych plam:
...tyle z nas, ...co w pamięci...