Adam Andryszczykfacebook

pani puszczykowa

pani puszczykowa

- Boskie skaranie mam z tobą – pani Puszczykowa pomstowała na schorowanego męża. Mąż całymi dniami leżał na kanapie i w sękatej dłoni trzymał równie sękatą laskę.
- Nie dość że Ty, to jeszcze te gwiazdy – tak nazywała dwie córki, które nigdy nie zgrzeszyły, a urodą najmniej. Wszyscy dreptali w ciasnawym domku, gdzie dodatkowo zmieścić się musiał Bóg, bo pani Puszczykowa bardzo kościelna była. Każdego ranka leciała pod ołtarz i prosiła:
- Ulżyj mi Panie, bo już nie mogę.
Potem wracała do swojej chatynki, gderała na męża i dyrygowała bardzo ułożonymi, ale samotnymi córkami. Wszędzie było jej pełno: w buteleczkach z lekarstwami, w szufladach z ciuchami, w każdym garnku i szafce – a nawet w pamiętnikach skrywanych przez jej dwie gwiazdy.
Mężowska choroba stała w miejscu jak staropanieństwo córek. Rytuał codziennych zakazów i nakazów wypełniał całe życie rodziny. Raz do roku ten schemat łamało przedświąteczne sprzątanie. I to wszystko. Mąż, córki, kościół, dom. No i te same prośby:
- Ulżyj mi Panie, bo już nie mogę.
I Pan wysłuchał.
W przeciągu jednego roku podwójny cud zesłał dwóch kawalerów i córki poszły w świat. Mąż natomiast do piachu się udał, zostawiając po sobie sękatą laskę. Pani Puszczykowa poszarzała, mimo że wcześniej kolorowa nigdy nie była. Chodziła po domu, przestawiała puste meble, daremnie wyglądała córek z zięciami. Za całą rozrywkę musiały wystarczyć spacery do cmentarnego kopczyka, pod którym skryła się jej wieloletnia troska. Potem wracała do smutnej chatki, bo od pustych ścian tylko samotność biła. Zapadała w modlitewnik ślęcząc przed ołtarzykiem plastikowej figurki.
Czasami można ją było dojrzeć z ulicy. Chowała się za ustawionymi na parapecie pelargoniami. Wypatrywała córek. Ale gwiazdy jak to gwiazdy: świeciły z daleka i żyły własnym życiem. Trwało trochę, zanim do pani Puszczykowej ta smutna prawda dotarła.

Któregoś dnia wzięła pomężowską laskę i położyła się na kanapie. Wodziła wzrokiem po nakrytych serwetkami meblach, a może sprawdzała czy ktoś nie podsłuchuje. I westchnęła:
- Ulżyj mi Panie, bo już nie mogę...