Adam Andryszczykfacebook

renia

sąsiadka gienia

- Ehrr, ehrr – przeraźliwe skrzeczenie płoszyło ptaki. Pod czereśnią siedziała Renia i pilnowała soczystych plonów. Sama się dziwiła wydobywanym z siebie dźwiękom. Dochodziła szósta rano, więc spać nie mogła. Dlaczegóż mieliby spać sąsiedzi? Z wysokiej trawy wystawała jej głowa w czerwonej, wełnianej czapce, której nigdy nie zdejmowała. Jak raper z Brooklynu.
Osiemdziesiąt lat na karku - więc zamiast snu, łaknęła towarzystwa. Dlatego Renia wynajmowała większą część domu. Nie dla pieniędzy, bo te słali synowie którzy za granicę uciekli. Jeden przed nieszczęśliwą miłością, drugi przed policją. Chodziło o to, żeby do kogo gębę otworzyć.
- Słucha – zwracała się do lokatorki w trzeciej osobie, jak większość starszych ludzi. - Jaka to dziś będzie pogoda? Bo jak licha, to parasol mi wyniesie. A jak dobra, to kocyk. Może co wypielę?
Bo Renia mizerny ogródek trzymała – ot, zaledwie kilka grządek pospolitych warzyw, do których wypadało gospodarską rękę przyłożyć. Dlatego kładła się na kocyku i wyrywała chwasty. Starość i plecy nie pozwalały na inną pozycję.
- Ehrr, ehrr – wzbijała z czereśni łakome wrony i przewracała się na drugi bok, by sięgnąć jakiegoś zielska. Nie lada pociechą były lokatorskie dzieci, które Renię traktowały jak swoją.
- Babciu, babciu, zaśpiewaj nam jakąś piosenkę.
- Chm, ekhm – odchrząkała. - Jak żeś wypił, to se nalej...
I tak mijały kolejne półrocza, bo Renia swoim cyklem żyła: wiosna pod czereśnią, lato w suchych bruzdach, a reszta w domu. Zimą tylko dym z komina znaczył jej obecność.
Ostatnio, kiedy śnieg otulił skostniałe grządki, dzieci ulepiły bałwana. W nos wetknęły grubą marchew, węgielki w guziki, a na głowę wcisnęły czerwoną, wełnianą czapkę. Potem śpiewały wyuczone przez babcię piosenki.

Nastała wiosna, bałwan stopniał, a Renia już nie wyszła na podwórze. Lokatorka się wyprowadziła mówiąc, że niedługo przyjadą synowie i sprzedadzą dom. Tylko mogiłki kto będzie doglądać?
W mokrej kałuży po bałwanie leżała czerwona, bawełniana czapka. Usiadła na niej wrona. Podreptała w miejscu jakby na coś czekała. Daremnie.
- Ehrr, ehrr – zaskrzeczała żałobnie i odfrunęła...