Adam Andryszczykfacebook

pan rysio

pan czesio

Pan Rysio siedząc pod koniec kwietnia w cieniu jabłoni wytrzeszczał oczy zza grubych okularów i wskazywał palcem na szkolną fotografię.
- A ją pamiętasz? - zwrócił się do staruszka obok.
- Pamiętam, Renia. Nie żyje.
- A tego?
- Słabo. Ale też nie żyje.
- Przecież to ja!
- A jaka różnica? Wszyscy już nie żyjemy. Nasza cała klasa.
- Jak zwykle przesadzasz.
- Nie przesadzam, Rysiu. Spójrz: jesteśmy jak to zdjęcie - blade, pogniecione i bez życia.
Rozmowa przestała się kleić. Gość pana Rysia wstał i przygarbiony poszurał do furtki. Gospodarz został sam. Oparł głowę o pień, przymknął powieki i się zamyślił. A może zasnął drzemką podstępną i nieumyślną? Sękate dłonie drżały oparte o krawędź ławki chwytając resztki wspomnień - ulotnych niczym wiosenne kwiaty owocowych drzew.
Minął kwadrans. Pan Rysio z trudem się podniósł i wszedł do cienistej szopy. Ujął w dłoń siekierkę i zaczął szczepać świerkowe polana. Niewielkie i lekkie narzędzie wymagało dużej cierpliwości. Brak sił dawał się nadrobić zgodą na powtarzalność ruchów, właściwą ludziom urodzonym na początku ubiegłego wieku.
- Rysiu, Rysiu! - dobiegło wołanie małżonki z progu domostwa. - Co ty tam robisz?
- Drzewo rąbię! Na zimę!
- Dopiero początek wiosny, a ty już drzewo szykujesz?
- Jesteśmy jak stare fotografie... - burknął pod nosem. - A kto ci go narąbie? - odkrzyknął w stronę drzwi i postawił na pieńku kolejną szczapę.
Pracował swoim tempem, robił coraz dłuższe przerwy i siadał w cieniu rozłożystej jabłoni. Potem wracał i przepuszczał przez pieniek kolejne polana. Dotykał zamkniętego w drewnie ciepła które zimą miało ogrzać kości jego, i jego małżonki. Mruczał pod nosem dziecinne wyliczanki i bezwiednie się uśmiechał. Pan Rysio.

Wieczorem zabrało go pogotowie. Rano przed domem pojawiły się czarne chorągwie. Po tygodniu na grobie pana Rysia piasek obsechł. Z podwórza zniknął ostatni kwiat jabłoni. I nawet teraz, w połowie maja, kiedy tylko zawieje chłodniejszy wiatr zapowiadając - ledwie sugerując koniec wiosny, żona pana Rysia spogląda z trwogą w okno i wypatruje zimy.
A z zamkniętej sękatą ręką szopy dobiega odgłos rąbanego drewna. Ene due rabe...